Tym razem w Wiśle na skale Kobyla rozpoczelismy sezon letni.
Wspinaliśmy się na wszystkich drogach, wyłapywaliśmy upadki opony na zrzutni, graliśmy w piłkę, a przy ognisku ogladaliśmy dwie relacje z wypraw do Gruzji i Wenezueli.
Marcin.
Wszystko zaczęło się o godzinie 14:00, gdzieś w okolicach tego zaczęliśmy wieszać wędki w prawie wszystkich miejscach na skale gdzie było to możliwe, powiesiliśmy ekspresy by można było prowadzić i zawisła też opona dla osób chętnych się przekonać jak to jest gdy partner odpada od ściany przy prowadzeniu – szkoda że tym razem miał tylko 30kg ;-) No więc zaczęło się – takiego oblężenia wspinaczy tu chyba nigdy nie było, według danych moich – mogło być nawet około 30 osób, niektórzy pierwszy raz w tym miejscu, a niektórzy po raz kolejny – wszyscy jak jeden mąż przyjechali się powspinać w wspaniałej atmosferze członków klubu. Wszyscy przeżyli, a skała została zdobyta wiele razy tego dnia.
Po około 4 godzinach wspinania zdecydowaliśmy że rozegramy mecz na pobliskiej polanie znajdującej się powyżej naszej skały. Mecz był pasjonujący, dwie drużyny, jedna młodsza stażem i wiekiem, a druga starsza rangą gdyż atakująco-broniąco-zmylajacym był sam Prezes. Będąc w przeciwnej drużynie mieliśmy naprawdę duży problem grać przeciw takim autorytetom zwłaszcza że mieliśmy mniej o jednego zawodnika. Trzeba zaznaczyć że mieliśmy kobietę w zespole, która po pięknej akcji zdobyła dla nas kontaktową bramkę. Zdania na temat zwycięzców są podzielone gdyż my uważamy ze wygraliśmy stanem punktów 3:4 dla drużyny Marcina eSz, gdyż ponieważ liczyliśmy wszystkie bramki nawet te gdzie piłka przelatywała 4m nad bramką oraz kilka metrów obok bo jak przecież wszyscy wiedzą bramki były ustawione ze pniaków, a one lubią się przemieszczać bliżej lub dalej od siebie, oraz dozwolone było granie rękami by ułatwić sobie opanowanie piłki. Wszyscy grali z największym poświęceniem dzięki czemu mamy zielone spodnie i buty mimo że były wcześniej innego koloru.
Po za tym prezes naszej drużyny proponuje rewanż przy najbliższej okazji :-)
Po tych niezwykłych zawodach sportowych udaliśmy się kawałek niżej na teren parku linowego by posiedzieć przy ognisku i oglądnąć slajdy. Po ciężkich bojach, kilometrach kabla i hektarach zrobionych wzdłuż niego udało się odpalić rzutnik – (uważajcie na spadki napięcia przy agregacie;-)). Niestety mnie nie było na slajdach wiec liczę że ktoś opisze swoje wrażenia – mogę powiedzieć tyle że widziałem Marcinową Wenezuele dzień wcześniej i bardzo ładnie tam mieli ;-)